przeszkodzić w odnalezieniu syna! Nienawidzę cię, nienawidzę!

- Dorośli chyba dlatego są dziwni, bo myślą, że z czasem przestają być dziećmi - kontynuował swą opowieść Mały
- Gdybym więc zabrała Henry'ego z powrotem do Au¬stralii... - zaczęła z namysłem.
- Teraz już rozumiem. To, że się przebywa w jednym miejscu, nie oznacza wcale, że nie można się przemieszczać

- Pech?
Nagle dotarło do niego, co powiedział. Radość... Aż przystanął z wrażenia. Do tej pory autentycznie nie cierpiał tego miejsca, ale tego dnia wydało mu się ono odmienione.
Sayre obserwowała, jak porcja płynnego metalu wylewa się z wielkiej chochli do jednej z form. Była pod wrażeniem technologii, lecz jednocześnie przerażało ją niebezpieczeństwo, na które wystawieni byli operatorzy maszyn, pracujący tak blisko płynnego ognia i żaru oraz szybko poruszającej się linii produkcyjnej. - Co ten człowiek ma na rękach? - spytała, wskazując głową w kierunku jednego z pracowników. Beck zawahał się, zanim odpowiedział: - Taśmę przylepną. W ten sposób pogrubia rękawice, żeby nie poparzyć sobie rąk. - Dlaczego nie dacie im lepszych rękawic? - Bo są droższe - odparł szorstko i popchnął ją dalej, okrążając rozlaną na podłodze kałużę kipiącego metalu. Sayre spojrzała w górę i dostrzegła, że z jednej chochli wycieka stop. Mężczyzna jej doglądający stał na platformie bez żadnego zabezpieczenia. - Kiedy metal zastygnie wewnątrz form piaskowych, następuje coś, co nazywamy wytrząsaniem - kontynuował swą opowieść Beck. - Wibrująca taśma przesuwowa dosłownie otrząsa piasek z odlewu. Skinął w kierunku drzwi wyjściowych. Przytrzymując je dla Sayre, zakończył, jakby przemawiał do czwartoklasistki na wycieczce: - Po usunięciu formy rury są czyszczone i dokładnie sprawdzane. Przeprowadzamy badania metalurgiczne, testując jakość metalu i skład chemiczny. Wszystkie uszkodzone produkty są zawracane i ponownie przetapiane. To, co jest na początku bezużytecznym odpadem, opuszcza naszą odlewnię w ciężarówce jako rura o rozlicznych zastosowaniach. Jakieś pytania? Sayre ściągnęła okulary ochronne i kask, rozpuszczając zebrane pod nim włosy. - Ile tu jest stopni? - spytała, - Latem temperatura sięga pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Zimą nie jest aż tak źle. Poprowadził ją w kierunku windy i nacisnął guzik. Już w środku oboje wpatrzyli się w wyświetlacz nad drzwiami. - Jedna z tych maszyn... - zaczęła Sayre. - Tak? - Miała wymalowany biały krzyż. Beck nadal wpatrywał się w pojawiające się na wyświetlaczu numery. Odpowiedź zajęła mu tyle czasu, że Sayre nieomal uznała, iż zamierza zignorować jej pytanie, - Zginął tam człowiek. Chciała zapytać o więcej, ale winda zatrzymała się na piętrze. Za drzwiami czekał już na nich Chris z rozbrajającym uśmiechem. - Witaj, Sayre. Wyglądasz zupełnie inaczej - powiedział, spoglądając na ubranie, które kupiła w sklepie na rynku, zanim tu przyszła. - Nie powiem, że korzystnie. Jak się udała wycieczka? - Bardzo pouczająca. - Cieszę się, że ci się podobało. - Nie powiedziałam tego. Zadzwoniła komórka Becka. - Przepraszam. - Odsunął się na bok, żeby odebrać telefon, - Nie widziałam na dole nic, co zaprzeczyłoby zarzutom o nieprzestrzeganie przepisów BHP, za które zostaliście ukarani. Co to za zapach? - spytała Sayre. - Pochodzi z piasku, Sayre - odparł Chris z przesadną cierpliwością. - Zawiera w sobie różne chemikalia, które pod wpływem temperatury zaczynają wydzielać zapach, potencjalnie nieprzyjemny. - Jak również potencjalnie niebezpieczny?
jasności w samą porę, aby zobaczyć lecącą w jego kierunku butelkę po piwie. 31 Sayre stała na dachu swojego wypożyczonego samochodu. Widziała stąd drzwi prowadzące do fabryki, z których wynurzył się przed chwilą Beck z Chrisem tuż za plecami. Najwyraźniej inni również dostrzegli ich pojawienie się, ponieważ natychmiast ktoś rzucił w nich butelką po piwie. Beck dostrzegł pocisk i odbił go ramieniem. Razem z Chrisem zanurkowali za wielki kosz na odpadki, przy którym stał Fred Decluette, przemawiając przez megafon: - Macie natychmiast oczyścić teren. Wszyscy pracownicy Hoyle Enterprises, którzy nie zgłoszą się do pracy do godziny siódmej trzydzieści, nie otrzymają dniówki. Jego przemowa spotkała się z gwizdami ze strony agitatorów przysłanych przez Nielsona oraz robotników, którzy dołączyli do ogrodzonej łańcuchem pikiety. Większość pracowników fabryki, którzy kończyli lub zaczynali zmianę, kręciła się pomiędzy przeciwnymi obozami, zastanawiając się, do którego z nich dołączyć. Jeden z opłaconych przez Nielsona prowodyrów również przemawiał przez megafon, namawiając robotników do powstrzymania się od pracy w odlewni, dopóki nie zostaną spełnione ich żądania, a ich miejsce pracy nie zacznie spełniać standardów opracowanych przez OSHA. - Czy środki bezpieczeństwa to zbyt wiele? - Nie! - ryknął chór jego zwolenników. - Hoyle Enterprises dokonało napraw... - Dalsze słowa Freda utonęły w protestach i wrzasku. Jeden z mężczyzn chwycił przenośny mikrofon i krzyknął: - Zapytaj Billy'ego Paulika o twoje żałosne naprawy - poparły go kolejne okrzyki niezadowolenia i stek wyzwisk. Kiedy tłum ucichł, Chris przejął megafon od Freda. - Posłuchajcie mnie. Zamierzamy zrekompensować wypadek rodzinie Paulika. - Pieniądze za krew! - odkrzyknięto. Rozległy się śmiechy. - Chcemy rozwiązać problem... - kontynuował niezrażony Chris. - Pragniemy wysłuchać... - Tak jak rozwiązaliście problem z Clarkiem Dalym? - wrzasnął któryś z demonstrantów. - Dziękujemy ale nie! - Nie mamy nic wspólnego z wczorajszym wypadkiem Daly'ego - mówił Chris do megafonu. - Jesteś cholernym kłamcą, Hoyle, tak, jak twój ojciec. Sayre obserwowała, jak agitator z mikrofonem odwraca się i otwiera drzwi od samochodu, wyciągając rękę, aby pomóc komuś wysiąść. Luce Daly. - O mój Boże - jęknęła Sayre. Do tej pory zamieszki były jedynie groźbą, przemoc ograniczała się do butelki rzuconej w kierunku Becka i Chrisa. Obecność żony Clarka i to, co miała do powiedzenia, mogło wywołać prawdziwą agresję i doprowadzić do rozlewu krwi. Sayre zeskoczyła z dachu samochodu i zaczęła przeciskać się przez tłum w kierunku Luce Daly z nadzieją wyperswadowania jej udziału w tej demonstracji. Ku swojemu przerażeniu zobaczyła, że żona Daly'ego chwyta podany jej mikrofon. Był to tani system nagłośnienia, prawdopodobnie część dziecięcej zabawki lub zestawu karaoke, niemniej jej głos dobiegał wyraźnie z trzeszczących głośników. - Jestem tutaj w imieniu mojego męża, który dziś rano nie mógł powiedzieć ani słowa, bo jego twarz i usta pełne są szwów. Przygotował jednak listę osób, i chciał, abym je publicznie wymieniła. Zaczęła odczytywać nazwiska. Przy drugim, tłum zareagował gniewnie. Stojący obok Sayre mężczyzna przyłożył dłonie do ust i krzyknął głośno: - Uuuuuuu!
- Moim zdaniem wyszło bardzo dobrze - odparł z peł¬nym przekonaniem.
baobaby...
Mark zamrugał oczami, jakby próbował się upewnić, czy nie śni.
Jego wzrok powędrował ku jej wspaniałym włosom. Miał ochotę ich dotknąć.
znajdował się wraz z Różą na planecie Szczęśliwego Imienia. Spotkali tam Smutną Dziewczynę.
Pieczołowite czyszczenie niewielkich wulkanów należało do ulubionych obowiązków Małego Księcia. I choć były

jej wargi. Pogładził jej piersi, ścisnął delikatnie, poznając ich kształt,

Był wysokim, barczystym brunetem, a jego gęste, sta¬rannie uczesane włosy połyskiwały w słońcu. Ciekawe, jak by wyglądały nieco potargane. Tammy lubiła, gdy mężczy¬zna miał niefrasobliwie rozczochraną fryzurę. Zwłaszcza jej mężczyzna.
Tammy siedziała z Henrym na środku wielkiego hote¬lowego łoża. Podrzucała go, przytulała, obsypywała poca¬łunkami, próbując wywołać na jego buzi chociaż jeden uśmiech. Na próżno.
Uśmiechnął się jakby z rozmarzeniem.

Wyglądał jak zachwycony ojciec... Więc się udało.

Juarez się nie liczył.

Milla potrzebowała oddechu. Po półgodzinie usłyszeli szum wody.

- W piątek, dwa dni przed śmiercią. - Opowiedziała Beckowi o telefonach, których nie chciała odebrać. - Przez resztę życia nie wybaczę sobie, że z nim nie porozmawiałam. - Przypuszczam, że nie zostawił wiadomości? - Nie, ale nie sądzę, by dzwonił do mnie z czystej tęsknoty. Myślę, że miał po temu poważny powód i nie mogę wrócić do normalnego życia, dopóki się nie dowiem, co nim powodowało. - To mogło być cokolwiek, Sayre - odparł miękko. - Owszem. Uwierz mi, moje sumienie już próbowało mnie przekonać, że to nie było nic istotnego, zwykły telefon w stylu „co u ciebie słychać". Wiedząc jednak to, co wiem o warunkach pracy w fabryce, tajemniczym zniknięciu Iversona i niedawnej kłótni Danny'ego z Chrisem, powinnam raczej założyć, iż chodziło o coś ważnego. - Popatrzyła na niego i westchnęła. - Beck, moja rodzina jest zdeprawowana i śmiertelnie niebezpieczna. Nie można pozwolić, aby bezkarnie niszczyła życie i dorobek ludzi. Ktoś musi ich powstrzymać. Byłam wściekła, kiedy kilka dni temu wyciągnąłeś mnie z samolotu, ale teraz muszę ci za to podziękować. Nie mogłabym żyć w zgodzie z własnym sumieniem, gdybym wróciła do domu bez satysfakcjonujących odpowiedzi na kilka trudnych pytań. - Co z twoją pracą? - Użył ostatniego argumentu, jaki miał w zanadrzu. - Czy nie ucierpi podczas twojej nieobecności? - Mogę stracić kilku potencjalnych klientów, którym bardzo się spieszy, ale większość zgodzi się odłożyć wykonanie projektów do czasu mojego powrotu. Tak czy owak, nie mogę zacząć prowadzić normalnego życia w San Francisco, wiedząc, że nawet nie spróbowałam wyprostować wszystkich tych okropności tutaj. - Przyjrzała się w zamyśleniu bąbelkom szampana w swoim kieliszku. - Chris chce, żebym zniknęła. Zastanawiam się dlaczego. Jego pragnienie pozbycia się mnie wzbudza moją podejrzliwość, przez co nie mogę wyjechać. - Spojrzała na Becka. - Zostaję. Zdawał się zaakceptować fakt, że nie potrafił przemówić jej do rozsądku. Westchnął z rezygnacją i wskazał palcem kryształowy kieliszek. - Dopij to. Nie ma sensu, żebyś marnowała najlepsze francuskie specjały. Upiła łyk i spytała: - Czy szampan jest częścią twojej strategii uwodzenia, Beck? Uniósł brwi pytająco. - Wolałabyś, żebym od razu przeszedł do rzeczy? Nasz gospodarz znajdzie nam dyskretny pokoik - dodał ciszej. - A ja bardzo chętnie się tobą zajmę. - Żebyś mógł potem czym prędzej pobiec do Huffa i pochwalić się, że wypełniłeś misję? - Sayre, chyba nie sądzisz, że mogłem odebrać jego sugestie inaczej niż jako czysty absurd, prawda? Uśmiechnęła się z żalem. - Chris rozkoszował się opowiadaniem mi o tym, jak to Huff znowu próbuje mną manipulować. To był coup de grãce[z fr. ostateczny cios] w jego kampanii przeciwko mojemu pobytowi w Destiny. Przy stoliku pojawił się kelner z przekąskami. - Czy możemy zapomnieć o tym wszystkim przynajmniej na tyle długo, żeby z przyjemnością spożyć obiad? - spytał Beck. Gdy skinęła głową na zgodę, gestem zaprosił ją, by spróbowala przyniesione jedzenie. Ugryzła kawałek pasztecika, który dosłownie rozpłynął się w ustach. - Co jest w środku? - spytał Beck. - Nie wiem, ale jest znakomite. Spróbował również i mruknął z aprobatą:

wiedziała, jak się nazywał. Zamknęła oczy i starała się uspokoić
**
jeden wie, jakie jeszcze narzędzia tortur pochowane po kieszeniach.